Kategoria

Powieść, strona 1


Pustka- powieść w odcinkach cz.7
25 lipca 2019, 09:05

   Pustka

   Rozłączyła się. Patrzył wciąż zdziwiony na swojego ipada. Ten dzień robił się coraz dziwniejszy, a do nocy jeszcze było daleko.Wybrał Filharmonię, bo o tej porze w poniedziałek raczej niewiele tam będzie osób. Nie chciał szukać nieznajomej gdzieś w jakiejś zatłoczonej knajpie. Poszedł na piechotę. Z parkowaniem na mieście jest dość kłopotów, wolał dłuższy spacer. Gdy się zbliżał, zauważył, że pod budynkiem stoi jakaś dziewczyna. Z tej odległości, mógł tylko stwierdzić, że miała ciemne włosy i była w miarę szczupła. Wyciągnął telefon, zadzwonił i zobaczył, że dziewczyna pod Filharmonią wyciąga swój z kieszeni.
   – Dzień dobry.
   – Dzień dobry, czekam na pana już jestem– odpowiedziała.
   – Chyba panią widzę, dżinsy i zielona kurtka tak?
   – Tak to ja– roześmiała się. Rozłączyła się. Po chwili już był na miejscu.
   – Dzień dobry, jestem Ana– podała mu rękę.
   – Dzień dobry, Andrzej Sakowczyk, miło mi, wyjął z kieszeni jej portfel. Czy to pani zguba?
   – Tak to mój, bardzo dziękuję, już tyle razy zgubiłam portfel, że dokumenty trzymam w innym miejscu. Bardzo panu dziękuję. O co chodziło z jakąś potrąconą przez samochód dziewczyną?
   Przyjrzał jej się bliżej. Obrączki brak, widział jej dłoń jak odbierała portfel– na takie rzeczy od razu zwracał uwagę. Ciemne włosy, wyglądające na naturalne i te dziwne błękitne oczy.
   – Może da się pani zaprosić na kawę i wszystko opowiem?– uśmiechnął się.
   – Dobrze, ale ja stawiam, w końcu znalazł pan mój portfel.– Wydawała się przez chwilę mocno zaskoczona, ale zgodziła się.
Szła obok niego i zastanawiała się, co ona u licha wyprawia? Trochę zaczynała jej doskwierać samotność. Kilka razy umówiła się na randkę z czatu lokalnego, ale spotkanie z dwoma palantami z pożarem w spodniach liczącymi na łatwą laskę, skutecznie ją zniechęciło do zawierania tego typu znajomości.
   – Może usiądziemy gdzieś na rynku?– zaproponował Andrzej.
   – Ok., może być.
   Nie bardzo wiedziała, co powiedzieć, jakoś ją onieśmielał. Zerkała tylko czasami z boku. Nie miała czasu przyjrzeć mu się dokładnie, ale, że był dość wysoki, wysportowany i trochę starszy od niej, zauważyła.
Wybrał małą kafejkę przy studni na rynku. Nigdy tu nie była. Jak usiedli w końcu miała możliwość lepiej mu się przyjrzeć. O jego brodę i włosy raczej dbał profesjonalista, miała wrażenie, że każdy włosek bujnego zarostu jest na swoim miejscu. Trzymał w ręku kartę kawiarenki, ale co chwilę łapała taksujące spojrzenie jego inteligentnych oczu.
   – I jak wypadłem?– roześmiał się.
   – Obiecująco– puściła do niego oko. Tego się chyba nie spodziewał, bo przez chwilę wyglądał na zaskoczonego.
   – A jest to obietnica czego?– próbował wybrnąć, choć sam zaczął tę słowną batalię.
   – Dom z ogródkiem na przedmieściu, trójka dzieci i pies– wyrecytowała jednym tchem i zaczęła się śmiać na cały głos.
   – Skoro już mi się pani oświadczyła, to może przejdziemy na ty? Jestem Andrzej.– Teraz i on się uśmiechał.
   – Ana.– Podała mu rękę.
   – Ana? Nie Ania, Anka.
   – Nie.– Odważnie popatrzyła mu w oczy. – Co wybierasz?– zmieniła temat, bo miała wrażenie, że za daleko zabrnęły te żarciki. Ha! Punkt dla niej, kompletnie nie wiedział, o co chodzi. Dla ułatwienia postukała palcem w kartę, którą dalej trzymał w ręce.
   – Kawa? Pamiętasz?– dodała, jak zamrugał oczami jak ktoś wyrwany ze snu, wybuchnęła śmiechem.
   – Espresso i wodę oczywiście.– Nawet już nie spojrzał na kartę.
Anka była pewna, że od samego początku wiedział, czego chce, a karta była tylko parawanem, zza którego mógł sobie popatrzeć.
   – Dobra , ja zamawiam, ja płacę– odeszła od stolika i poszła prosto do kasy.
   Musiała przejść obok niego, żeby zamówić kawę i wtedy poczuła ten zapach. Nie znała się na męskich kosmetykach, ale tak właśnie powinien pachnieć prawdziwy facet, facet przez duże F. Czuła na sobie jego wzrok. W duchu pogratulowała sobie wyboru szpilek przed wyjściem, czarne, klasyczne i niezbyt wysokie nadawały się i do pracy, i na wieczór. Celowo przedłużyła tę niewielką wycieczkę do kasy po kawę o żarciki z kelnerem, niech sobie jeszcze popatrzy. Właśnie wracała do stolika, gdy usłyszała śmieszną melodyjkę i krzyki „Telefon, twój telefon ciiiiiiiiiiiii dzwoooooni”. Andrzej szybko odebrał, ale widać nie był zadowolony.
   –Co jest Mietek?...Marta? Jak to gdzie Marta? Dzisiaj ja mam dyżur….Jak to nie zdążysz pauzy wykręcić, przecież wysyłamy awizacje przed czwartą, to gdzie ty byłeś?... Spałeś??? – Andrzej był coraz bardziej wnerwiony i mówił coraz głośniej, już dwa sąsiednie stoliki zaczęły się obracać, niedługo jego krzyki dotrą do najdalszych kątów kawiarenki. Popukała w stolik i położyła palec na ustach, żeby nieco go uciszyć.
   –Gdzie ładujesz? – już ciszej zapytał chłopak. –Jak kapcie to spoko, wyślij SMS Marcie, żeby ci awizację przesunęła, siedź na dupie i się wypauzuj do końca, a następnym razem ZANIM pójdziesz spać to się zainteresuj, co ci dziewczyna planuje, na meblach byś dwa dni stał, i nie dzwoń więcej, bo znowu do mnie się dodzwonisz, cześć. – Od razu się rozłączył nawet nie czekał na odpowiedź. Uśmiechnął się do Any, po telefonicznych nerwach nawet śladu nie zostało.
   –Przepraszam, taka praca.
   –Czyli jaka?
   –Spedycja międzynarodowa– rzucił tylko jakby jej to cokolwiek miało mówić.
   –Nie znam branży, czyli co? – zapytała słodko.
   –Tiry wożą różne rzeczy za granicę i z powrotem, my to organizujemy. Fajne zajęcie, jedyny minus telefon na…eee…dzwoni („napierdala!!!”– dodał w myślach) non stop.
   –Ja jestem asystentką– Puściła do niego oko.
   –I w tych wszystkich żarcikach o sekretarkach jest ziarno prawdy? – zapytał niby niewinnie.
   –Taaa, jasne, OBSŁUGUJĘ doje dyrektorów, czasem wiceprezesa, czyli jestem bi czy co? – Tak się zaczął śmiać, że łzy mu stanęły w oczach.
   –No to masz sporo pracy– śmiał się dalej.
   –Nie narzekam.
   Kelnerka przyniosła ich kawy. Anka po prostu się do niej zabrała, ale mało się nie zakrztusiła widząc, co robi Andrzej. Najpierw powąchał, potem upił maleńki łyczek, popłukał nim w ustach, potem jeszcze raz powąchał. W życiu nie widziała, żeby ktoś z takim hm… namaszczeniem wręcz pił zwykłą kawę. Do tej pory to tylko na filmach widziała jak w podobny sposób somelierzy obchodzą się z winem, ale kawa? Chyba zauważył jej zdziwienie, bo na chwilę się zmieszał.
   – Co? Niespełniony barista? – zakpiła.
   – Nie szydź, lubię dobrą kawę– obruszył się trochę.
   – No to akurat widać.
   – Skąd jesteś? – wolał jak widać zmienić temat niż brnąć dalej.
   – Nie widać?
   – Co to pytanie na śniadanie? Mam się domyślać? Nie lubię zgadywanek– chyba miał dość zaczepek, bo jak widać znów mu ciśnienie rosło.
   – Z Krosna, mieszkałam tam z mamą, a ty? – już nie chciała go drażnić, spodobały jej się te ni to szare, ni to zielone oczy, może kiedyś będzie miała odwagę zapytać, jakiego naprawdę są koloru.
   – Wychowałem się w Bieszczadach. – Zrobiła wielkie oczy.
   – No bez jaj, nie spałem w norze z wilkami, nie patrz a mnie jak na kosmitę, rodzice mieszkają koło Ustrzyk Dolnych w Ustjanowej.
   – Przepraszam, nigdy tam nie byłam.

   – Serio? Przecież z Krosna to masz rzut beretem. – Zdziwił się.
   – Nie... –zmieszała się. – Nie miałam okazji.
   – No to wiele cię ominęło. Raz mało autem nie potrąciłem niedźwiedzia.
   – Żartujesz teraz. – Już sama nie wiedziała, czy to ją bardziej rozbawiło czy przeraziło.
   – No niestety nie, akurat w okolicy jest ich sporo, spotkać ślady wcale nie jest trudno, ale odkąd w Olszanicy niedźwiedź zabił człowieka to już nie chodzę sam do lasu, trzeba uważać. – był zbyt poważny, więc tym razem nie wątpiła, że mówił prawdę, z resztą coś jej się obiło o uszy parę lat temu, jak ojciec TVNy oglądał.
   – No to ja już tam w życiu nie pojadę– niby żartowała, ale przestraszył ją tymi historiami.
   – Nie ma co się bać, to był wypadek, z resztą spotyka się niedźwiedzie tam często i nikogo nie atakują, facet był niepełnosprawny umysłowo, więc tak naprawdę nieprzewidywalny.
   – Dużo chodzisz po górach? – zapytała, bo wolała zmienić temat.
   – Po Bieszczadach teraz rzadko, na wiosnę byłem na trekkingu na Teneryfie, ale wiecznie jest problem z urlopem i nie mogę wyjeżdżać tak często jakbym chciał.
   Nagle, jakby coś jej się przypomniało sięgnęła po telefon zostawiony w torebce pod stolikiem, zerknęła tylko na wyświetlacz i przepraszająco rzuciła do Andrzeja:
   – Niestety muszę już iść, miałam coś zaplanowane na wieczór i…muszę…–zawahała się. –Jeszcze raz dziękuję za zwrot portfela.
   – Nie ma za co, odprowadzę cię. –Zaczął się podnosić z krzesła.
   – Nie, nie trzeba, dziękuję, cześć. – Nim zdążył wstać już jej nie było. W drzwiach jeszcze złapała jego zdziwione spojrzenie.
   Szła szybko, nie chciała, żeby ją zobaczył. Nie wracała tą samą drogą, którą przyszli, zamiast iść prosto na aleje, skręciła w Jagiellońską. Uciekła, najzwyczajniej w świecie uciekła. Co ona mogła opowiedzieć? Ja wiesz nigdy nie wyjeżdżałam na wakacje, bo mój ojciec chlał i ledwo na rachunki starczało? Że teraz, gdy utrzymuje się sama ma tylko niewielkie oszczędności na czarną godzinę i że absolutnie nie może sobie pozwolić na żadne wyjazdy? Nawet wypad w te pitolone Bieszczady? Miał taki głos, że mógłby jej czytać instrukcję obsługi pralki i tak by słuchała z przyjemnością, ale co też ona ciekawego mogła opowiedzieć o sobie? Teraz, gdy odeszła wystarczająco daleko zwolniła i zaczęła się wręcz wlec noga za nogą. Zabrzęczał SMS w torebce. Wyjęła go i przeczytała wiadomość od Andrzeja: „Dziękuję za kawę”. Nie miała ochoty nic odpisywać, ale przecież był na tyle miły, że oddał jej ten cholerny portfel. Może w końcu zacznie pilnować go lepiej, bo przysparza jej samych kłopotów. Odpisała szybko „Nie ma za co, pozdrawiam” i przyspieszyła. Nic wielkiego, po tym jak go olała, pewnie nigdy się do niej nie odezwie. Nagle zrobiło jej się smutno, to już tak teraz będzie? Jeśli pozna fajnego gościa, trzeba będzie uciekać? To kto jej zostanie? Patole? Alkoholicy? Nieudacznicy?
   Patrzył jeszcze chwilę za nią, po tym jak wyszła. Niby nie powinna go już dziwić niepoczytalność kobiet, a mimo to go zaskoczyła. Przyjemnie pitu pitu, a tu nagle zerwała się jak oparzona i wyszła. Wzruszył ramionami i w spokoju kończył kawę. Chyba już jednak wolał nieskomplikowane sytuacje typu szukam kobiety, bez zobowiązań, takie teksty widział setki razy na portalach randkowych. Zawsze to lepiej niż napisać ”szukam laski na bzykanko”. Zdziwiło go tylko, że jest bardzo dużo kobiet chętnych nawiązywać takie relacje, z czego sam już nieraz skorzystał. Posiedział jeszcze chwilę popatrując na całkiem ładne witrażowe okno i w końcu wyszedł. Napisał jej jeszcze SMS, bo tak szybko wyszła, że właściwie nic mu nie dała powiedzieć. Już zaczynało się ściemniać i robiło się późnawo, więc prosto z kawiarenki wrócił do domu.

Pustka- powieść w odcinkach cz.6
09 lipca 2019, 08:16

Pustka cz. 6

   Biegł niespiesznie, niewiele mu trzeba było do relaksu, wygodne buty i przyjemna trasa. Trochę potu i przyjemne mrowienie w mięśniach dobrze mu zrobi. Mijał nieraz biegaczy ze słuchawkami w uszach, ale on wolał słyszeć wszystko dookoła, czuł się wtedy częścią świata, a nie osobnym bytem zmierzającym nie wiadomo gdzie. Zamyślił się. Popróbował trochę sportów na etapie Agaty, bo wierciła mu dziurę w brzuchu brakiem ruchu. Sama latała na jakieś zumby i pilatesy, nie bardzo się w tym orientował. Za jej namową zapisał się na krav magę, ale jak się wyprowadził z Warszawy, tutaj już nie szukał podobnych zajęć. Pomyślał o bieganiu, bo miał kumpla w pracy startującego w triathlonach. Początki nie były łatwe, szybko się męczył, nie umiał nawet odpowiednio oddychać. Któregoś dnia wnerwiony już i z zakwasami zapytał kolegi, co w tym takiego jest fajnego, polecił mu poszukać na kilka godzin trenera personalnego. I to był bardzo dobry pomysł. Jak już bieganie zaczęło sprawiać mu przyjemność, odkrył, że pomaga mu się zrelaksować, im więcej kilometrów, tym lepszy był efekt. Praca dostarczała mu dość emocji.
Pisk opon, jakiś krzyk. Ścisnęło go gdzieś w okolicy przepony. Ten dźwięk gwałtownie hamującego samochodu… Odwrócił się. Na jezdni leżała chyba dziewczyna, auto już zdążyło stanąć. "O Boże" – jęknął w duchu. Jak dobiegł do niej już zaczynała się zbierać, jakaś kobieta pomagała jej stanąć na nogi. Wyglądało na to, że raczej jest cała, choć widać było, że trochę utyka na lewą nogę. Podparł ją z drugiej strony. Razem ze starszą panią odprowadzili ją na przystanek po drugiej stronie ulicy. Jak dochodzili na miejsce, słyszał jak ktoś wzywa karetkę, a inna osoba policję.
–Nic ci nie jest?– zapytał dziewczynę, nieco bladą jeszcze, jak usiadła trzęsły jej się złożone na kolanach ręce.
–Chyba nie– niepewnie odpowiedziała.
Po chwili podjechała karetka. Patrzył na feralny samochód, ale nie zauważył, żeby wysiadł kierowca. Potrącił dziewczynę i nawet nie zainteresował się, co się z nią stało, co za fiut– w myślach Andrzej nie życzył mu dobrze. Zaraz zjawił się radiowóz. Ratownicy zdążyli już zabrać dziewczynę, słyszał coś piąte przez dziesiąte, że bolała ją noga. Na przystanku zdążył się zebrać spory tłumek gapiów. Nigdy nie potrafił zrozumieć jak to się dzieje, że wydawałoby się sekundę po wypadku zbiera się aż tylu ludzi.
Policjanci podeszli do samochodu. Dalej nie widać było kierowcy. A przecież mignął mu jak pomagał dziewczynie wstać.
Na początku widział, że coś jeden mówi i puka w szybę, ale nic się nie wydarzyło. Zaraz lepiej usłyszał.
– Proszę zgasić silnik i wysiąść z samochodu.– Dalej nic, żadnej reakcji kierowcy. Drugi w końcu otworzył drzwi zielonego volkswagena, a wtedy powolutku osunęło się na drogę ciało kierowcy. Andrzeja aż zatkało. "Jezu, co mu się stało" – pomyślał. Jeden policjantów przyklęknął przy kierowcy. Zaraz się cofnął gwałtownie.
– Pijany do nieprzytomności– rzucił do kolegi.
Po kilku minutach podjechał wezwany przez nich drugi radiowóz.
Policjanci zebrali zeznania wszystkich świadków, a holownik samochód. Andrzej wciąż siedział na przystanku. Nie mógł się ruszyć. Teraz to jemu trzęsły się ręce. Rozemocjonowany tłumek gapiów zdążył już się rozejść, a on dalej siedział jak skamieniały. W uszach raz za razem eksplodował mu pisk hamulców samochodu. Ze środka brzmi trochę inaczej. Znów miał przed oczami tamtą drogę. Ciemno, deszcz. Nie zauważył go, wpadł mu prosto pod koła, nie zdążył zahamować. Jak wysiadł z auta na galaretowatych nogach od razu usłyszał rozdzierające skomlenie. Duży, brązowy pies, cały we krwi leżał na drodze. Nogi już nie mogły utrzymać chłopaka, podciągnął się do pobocza i tam zwymiotował wszystkim co miał. Uderzył go odór nieprzetrawionej wódki.
Droga była kompletnie pusta. Jechał bocznymi z dala od domów, jak już nie raz po imprezie z chłopakami. Sam nie wiedział jak długo siedział przy rowie. Pies szybko przestał skomleć. Powoli zaczynało świtać, musiał się stąd ruszyć, bo może niedługo ktoś tędy będzie jechał do kościoła na poranną mszę. Wstał powoli. Musiał psa przesunąć, bo droga była wąska, a i nie chciał, żeby jakiś następny samochód na niego najechał. Nie spodziewał się, że martwy pies może być taki ciężki. Dobrą chwilę zajęło mu przesunięcie go ten niewielki odcinek. Słodki odór krwi przyprawiał go znowu o mdłości, ale żołądek już był pusty. Szybko wytrzeźwiał. Był brudny. Śmierdział wymiocinami, wódą i krwią. Drżącą ręką przekręcił kluczyk w stacyjce. Nic, żadnej reakcji, kolejne próby też nic nie dały. Jeszcze kilka razy przekręci kluczyk, rozrusznik nie będzie się już do niczego nadawał. Zaczynało już szarzeć, jeżeli zaraz się stąd nie ruszy, ktoś go w końcu znajdzie na tej drodze. Nie miał zamiaru stanąć twarzą w twarz z mieszkańcami jadącymi na poranną mszę. Nie chciał, żeby ktokolwiek się dowiedział o tym, co tu dziś zaszło, ale sam auta do domu nie zapcha, wybrał w telefonie numer Tadka.
Przyjechał po kwadransie, zapiął samochód na hol z pomocą Andrzeja. Ten nie wdawał się za bardzo w szczegóły, powiedział tylko, że miał stłuczkę i samochód nie zapalił. Jak tylko Tadek podszedł do Andrzeja to już się do niego ani słowem nie odezwał. Smród wyrzyganej wódki nie pozostawiał cienia wątpliwości, co potrzebujący kolega robił ostatniej nocy i że absolutnie na drodze w aucie znaleźć się nie powinien. Na szczęście Andrzej nie musiał jechać obok Tadka w jego aucie. Siedząc w holowanym samochodzie miał wystarczającą ilość czasu do refleksji. Droga dłużyła się niemiłosiernie, kulił się nieco za kierownicą, by jak najmniej osób go zobaczyło, ale przy jego wzroście te zabiegi były cokolwiek bezcelowe. Zachowywał się jakby na masce miał krwią wypisane ”PIJANY KIEROWCA ZAMORDOWAŁ PSA”. To tak zaczynała się paranoja? Tak jak Andrzej chciał, Tadek sholował go do swojego garażu. Tu mieli naprawić samochód. Tadek chciał go odwieźć pod dom, ale Andrzej nie miał zamiaru zapaprać i jego samochodu. Poszedł na piechotę. Zdążył na szczęście wejść do łazienki, zanim wstali rodzice. Po kąpieli od razu wyniósł worek z ciuchami do kontenera na śmieci, nie chciał już w ogóle ich widzieć na oczy, szkoda, że tak łatwo nie da się kasować wspomnień. Wybierasz niechciany fragment, pakujesz do kosza i wyrzucasz. Na samo wspomnienie tego smrodu znowu robiło mu się niedobrze. Tadek przez cały poniedziałek nawet się do niego słowem nie odezwał. We wtorek rano dostał tylko SMS’a „kup nową chłodnicę”.  Przyszedł do niego popołudniu tego samego dnia. W milczeniu poszli obaj do garażu. Andrzej nie wiedział co powiedzieć, a Tadek najwyraźniej nie chciał z nim rozmawiać. Grzebał w samochodzie i tylko czasem rzucał Andrzejowi polecenia typu „daj klucz dziesiątkę”. Ani słowem nie wspominał o niedzieli.
– Zderzak założysz sam.– Ni to zapytał, ni stwierdził kolega. Alleluja, pierwsze całe zdanie od dwóch dni.
– Jasne, dzięki stary.
Tadek zatrzasnął maskę auta i się odsunął. Pierwszy raz od tej feralnej niedzieli spojrzał kumplowi w oczy.
– No to co, teraz oblejesz naprawę auta?– wysyczał przez zaciśnięte usta.
– Przepraszam…– Andrzej nawet nie wiedział, co mógłby dodać.
Tadek złapał do za przód bluzy, kompletnie nie miał znaczenia fakt, że Andrzej przewyższał go o głowę.
– Od miesięcy zachlewasz się prawie codziennie i jeszcze napity jeździsz autem. To mógł być człowiek do kurwy nędzy!– wykrzyczał mu prosto w twarz.– A teraz wypierdalaj stąd i przeproś tego psa, mnie nie masz za co.–Puścił go i wyszedł.
Andrzej bezmyślnie gapił się jeszcze chwilę na puste już podwórko za bramą garażową. Tak bardzo trzęsły mu się ręce, że ledwo dał radę wrzucić jedynkę i wyjechać.
Siedział teraz na przystanku i w głowie wciąż huczał mu krzyk Tadka „ To mógł być człowiek do kurwy nędzy!” To mogłem być ja. Tyle razy jeździł na gazie. Jakby nie potrącił tamtego psa, może skończyłby jak ten koleś dzisiaj. Odetchnął kilka razy. 
Koledzy od kieliszka szybko o nim zapomnieli, jak przestał pić w ogóle. Z dawnych znajomych został tylko Tadek. Opowiedział o tym tylko raz, ojcu. Marzył o kieliszku na ukojenie nerwów, mimo że tyle lat już nie pił, to pragnienie czasami wracało, zapić, zapomnieć. Ale nigdy nie złamał się. Tamtej nocy przysiągł sobie, że już nigdy nie będzie pił, Tadek miał rację.
Wstał powoli. Już tak się nie trząsł. Stracił kompletnie chęć na bieganie. Chciał już tylko zaszyć się w domu. Mignęło mu nagle pod nogami coś małego i czarnego. Na chodniku leżał mały portfel. Może potrąconej dziewczyny. Otworzył go i zajrzał do środka. Nie znalazł żadnych dokumentów, tylko trochę gotówki, ponad sto złotych. W środku była niewielka karteczka, wyciągnął ją.
„Drogi uczciwy znalazco:) Jeżeli znalazłeś ten portfel, to znaczy, że znów miałam pecha i trzeci raz zgubiłam portfel. To mój numer telefonu 536 130 459. Dziękuję”
Po tym, co tu się stało, ta śmieszna karteczka wydawała mu się kompletnym absurdem. Dziewczyna miała pewnie dość przeżyć jak na jeden dzień, nie chciał, żeby do tego doszło jeszcze zgubienie portfela. Próbował się dodzwonić trzy razy. W końcu napisał SMS” Tu znalazca portfela, proszę o kontakt”. Pijani kierowcy potrącają młode dziewczyny, a jemu się teraz chciało śmiać. Chyba schodziło z niego napięcie. Wrócił do domu, nie wiedział, gdzie mieszka potrącona dziewczyna, więc i tak musiał czekać, aż do niego oddzwoni. "W szpitalu raczej może nie mieć czasu na pogawędki" – pomyślał ponuro.
Ucieszył się, gdy godzinę później oddzwoniła.
– Słucham – odebrał zaraz.
– Dzień dobry, z tej strony Anna Bielska, znalazł pan mój portfel tak? Taki mały czarny? –  dopytywała.
– To nie ty – wyrwało mu się na głos.
– Słucham? – Nie dziwił się, że była zaskoczona
– Przepraszam, znalazłem portfel na przystanku, myślałem, że należy do dziewczyny potrąconej przez samochód.
– Słucham? Jaka dziewczyna? Jaki samochód?– wyrzucała z siebie pytania jak kule z karabinu.
– To ja przepraszam, niepotrzebnie mieszam. Gdzie pani jest, chciałbym oddać portfel.
– Jestem w Rzeszowie, proszę wybrać miejsce.
– Dobrze. Może spotkamy się pod Filharmonią o dziewiętnastej?
– Bardzo dziękuję, do zobaczenia.