Archiwum 23 kwietnia 2019


Pustka- powieść w odcinkach cz.1
23 kwietnia 2019, 20:00



Rozdział 1

            Wyskoczyła z wanny w ułamku sekundy.

– Jasny szlag! – Mokrym palcem przecież nie odbierze połączenia na ekranie dotykowym. Pierwszy lepszy ciuch, rzucony na pralkę, spełnił rolę ręcznika. Jeszcze kilka razy odetchnęła i odebrała już po czwartym dzwonku, cud ekwilibrystyki.

            – Słucham. – Zabrzmiało dość spokojnie.

            – Z tej strony Barbara Zawada Proffice Design. Czy rozmawiam z panią Anną Baran?

            – Tak, przy telefonie.

            – Miło mi panią poinformować, że przeszła pani ostatni etap rekrutacji i zatrudnimy panią na stanowisku asystentki w dziale projektów.

            – Bardzo dziękuję za informację.

            – Czy mogłaby pani przyjechać do nas we czwartek, szesnastego maja na dziewiątą? Załatwilibyśmy wszystkie formalności.

            – Tak oczywiście, będę.

            – Zatem do zobaczenia.

            – Do zobaczenia.

            Upewniła się jeszcze, że nacisnęła na ekranie czerwony guzik i wtedy dopiero wrzasnęła na całe gardło: „Tak, taaaaak, taaaaak!!!!”. Stała przy pralce w kałuży wody, bo po drodze z wanny nie zdążyła nawet wziąć ręcznika. Szybko wytarła się i owinęła pachnącą bawełną. Coś sobie obiecała, gdy dostanie tę pracę. Podgłośniła multimedia w telefonie i już po chwili śpiewała na cały głos z Abbą „The Winner takes it aaaaaaalll”. Nie dbała o natrętną sąsiadkę z drugiego piętra, notorycznie walącą laską po suficie. Już niedługo nią będzie, a muzyka skutecznie zagłuszyła wszelkie hałasy.  Jeszcze dygocząca z emocji, ubrała się dopiero, gdy przebrzmiała ostatnia nuta piosenki.

***

Trzasnęły drzwi od samochodu. Tomek włączył silnik i czekał na nią. To już? Całe życie w kilku kartonach? Gdyby paliła, to byłby dobry moment, żeby puścić dymka dla uczczenia wyprowadzki z domu. Spojrzała jeszcze raz w okna bloku przy Sadowej i wsiadła. Tomek zawiezie ją do mieszkania w Rzeszowie. Jakimś cudem znalazła maleńką kawalerkę blisko biurowca Proffice Design. Niedaleko miała przystanek autobusowy. W ładną pogodę mogła dotrzeć spacerkiem do pracy w dwadzieścia minut.

Nie mogła uwierzyć, jeszcze nie. Dopiero wtedy poczuje spokój, gdy zamknie drzwi od mieszkania.  Nie będzie awantur pijanego ojca i pokornego milczenia matki, już nie. Te klucze, które trzymała teraz w torebce warte były każdej zarwanej na naukę nocy, każdej, odłożonej z fanatyczną wręcz skrupulatnością, złotówki. Wszystko po to, by móc teraz jechać do pustego domu.

Słabo znała Tomka, widzieli się może kilka razy, bo dopiero zaczęli spotykać się z Ewą. To przyjaciółka poprosiła go o pomoc przy przeprowadzce. Zgodził się od razu, choć musiał zamienić dyżury z kolegą.  Ana całą drogę milczała. Zamknęła oczy. Mogła sprawiać wrażenie, że głęboko zasnęła, ale gdy tylko zatrzymał samochód, natychmiast się ocknęła. Z uśmiechem na twarzy, niemalże biegła po schodach z ciężkim kartonem, jakby za drzwiami czekał co najmniej książę z bajki. Nikt nie mógł wiedzieć, że jako mała dziewczynka nie marzyła o niczym podobnym, tylko o ciszy. Zaproponowała kawę, ale wyszedł szybko, jakby wyczuł, że chce być sama.

Bardzo starannie zamknęła za Tomkiem drzwi na klucz. Usiadła na podłodze. Tsunami ulgi przetoczyło się przez dziewczynę i gdzieś musiało znaleźć ujście. Nawet nie tłumiła gwałtownego szlochu. Kiedy ostatnio tak płakała? Chyba jeszcze jako dziecko. W głowie kołatała jej tylko jedna myśl: „Jestem sama”. Cisza przyjemnie dzwoniła w uszach. Razem ze łzami, powoli schodziło napięcie ostatnich tygodni.

W kącie przy drzwiach wciąż piętrzyły się kartony z całym jej dobytkiem. Trochę powierciła się na wysłużonym fotelu, by ułożyć nogi jak najwygodniej. Akurat ten mebel był chyba ulubionym sprzętem dotychczasowych mieszkańców, bo wyglądał na najbardziej zniszczony. Odstraszała wyświechtana, brązowa tapicerka w kwiatki, ale najwyraźniej wygoda była odwrotnie proporcjonalna do estetyki. Oparła się o drewniany podłokietnik fotela. Kubek z herbatą jeszcze trochę parzył, ale przytuliła go mocno. Siorbnęła „Malinową rozkosz”. Nagle znieruchomiała. Po chwili roześmiała się dźwięczną kaskadą. Nikt nie warknął na nią, że ma się zamknąć. Nikt nie spiorunował jej wzrokiem. Bardzo nieelegancko wysiorbała herbatę do dna, z uśmiechem na twarzy.

Miała teraz wystarczająco dużo czasu, by obejrzeć z uwagą swoje skromne włości. W całym bloku wymieniono okna na nowe, ale tutaj czas najwyraźniej zatrzymał się gdzieś w latach dziewięćdziesiątych. Nikomu nie zależało na remoncie, tylko ściany wyglądały, jakby ktoś nie tak dawno je malował. Przyszarzałe, żakardowe firanki, aż się prosiły o wybielacz, ewentualnie o kosz na śmieci. Brązowa meblościanka, wielka, bordowa kanapa i ten wysłużony fotel stanowiły całe wyposażenie pseudo saloniku. Z tyłu po lewej stronie, chowała się mikroskopijna kuchenka. Z zadowoleniem odstawiła kubek na stolik przy kanapie. Teraz, gdy skończyła siorbać herbatę, nic nie zakłócało już ciszy. Najwyraźniej nigdzie obok nie mieszkały małe dzieci, ani hałaśliwi studenci.

Zsunęła się z fotela i z drżeniem podeszła do kartonów. Każdy pieczołowicie opisała. Szukała teraz tego najważniejszego, podpisanego „książki”. Zajęło jej to śmiesznie mało czasu. Wyjmowała każdą pojedynczo. Andrzej Ziemiański, „Achaja” tom trzeci. Zajrzała do środka. Na dole w rogu, dopisała długopisem datę 14.05.2019 r. Tego dnia zadzwoniła pani Barbara z informacją, że dostała nową pracę. Te daty miały znaczenie tylko dla niej. W tym roku  postanowiła nagradzać się za każdy sukces nową książką. Tom drugi był opatrzony datą 19.03.2019 r. Kupiła go, gdy zdała egzamin licencjacki z francuskiego. Na pierwszej część „Achai” dopisała 08.02.2019, kiedy to dostała do ręki prawo jazdy, o czym nawet nie powiedziała ojcu. Nie stać jej było na kupowanie nowych książek, dlatego robiła to tylko przy wielkich okazjach. Czule pogłaskała kolorową okładkę. Zebrała całą serię i ułożyła w meblościance. Tak żałośnie wyglądały na prawie pustej półce, że przyciągnęła bliżej cały karton i szybko powykładała resztę. Kilka słowników, parę lektur, nagród na świadectwo z paskiem, nie zasługiwało na miano biblioteczki nawet u  największego optymisty, ale były jej, tylko jej, w tylko jej mieszkaniu. 

Zerknęła jeszcze do szarego segregatora, nim ułożyła go obok książek. Na samej górze wpięła, zabezpieczoną folią, umowę o pracę z Proffice Design. Pod nią włożyła umowę o ubezpieczenie grupowe. Gdyby coś jej się stało, uposażyła mamę. Dwadzieścia tysięcy to nie była jakaś wielka fortuna, ale dla niej i dla mamy stanowiło ogromną sumę. Tylko dlatego dała się namówić na grupówkę, ponieważ pięćdziesiąt złotych odliczanych co miesiąc od wynagrodzenia, było dla niej sporym wydatkiem.

„Dałam radę” – pomyślała. W całym swoim krótkim, dwudziestopięcioletnim życiu, tylko sobie wszystko zawdzięczała. Sama zdecydowała o tym, żeby uczyć się w technikum fryzjerskim i choć szybko zdała sobie sprawę, że to nie jej bajka, cieszyła się, że ma swoje pieniądze. Dorabiała już w szkole. Czesała na wesela. Farbowała sąsiadkom włosy, obcinała. Odkładała każdą złotówkę. Gdy okazało się, że ojciec ukradł jej schowane dwieście złotych, założyła konto w banku i od tamtej pory trzymała w domu tylko drobniaki.

Umiała oszczędzać. Jej koleżanki przepuszczały kupę kasy na ciuchy i drogerie, a ona wydawała pieniądze tylko na to, co konieczne, a i tak trzy razy się zastanawiała nim wydała choć złotówkę. Nauczyła się tego od mamy, której ojciec zostawiał codziennie jakieś śmieszne kwoty, większe pieniądze tylko na święta i swoje imieniny. Mama jak zwykle pokornie i bez słowa wszystko znosiła. Ana pamiętała jeszcze z dzieciństwa straszne awantury, wrzaski. Pewnego dnia to się skończyło. Mama już nie dyskutowała, nigdy nie zaprzeczała. O wiele później Ana się zorientowała, że chyba nie miała wyjścia. Jak według ojca mama zrobiła coś nie tak, zabierał wszystkie pieniądze i zostawiał ją bez grosza. Odkąd pamiętała, mama była bezrobotna. Podobno jeszcze przed ślubem i niedługo potem pracowała w cukierni, ale jak urodziła się Ana, ojciec już jej nie pozwolił wrócić na etat. Zamknął ją w domu. Chyba pasował mu taki układ. Gdy wracał do domu po robocie, to czekał na niego ciepły obiad na stole, a niedzielna koszula uprasowana w szafie. O tym, co jej powiedział na odchodnym wolała już nie myśleć.

Zaraz po technikum poszła na staż do salonu fryzjerskiego, miała nawet gwarancję zatrudnienia na kolejny rok po stażu, ale sama napisała rezygnację. Znalazła na tablicy ogłoszenie o potrzebnym pracowniku biurowym w szkole nauki jazdy. Przepracowała u Damiana za śmieszne pieniądze długie trzy lata. W tym czasie studiowała zaocznie romanistykę na PWSZ-cie w Krośnie.

„Gdyby nie ten francuski, pewnie nie przyjęliby mnie do Proffice Design” – zastanowiła się. Ze znajomości języka przepytywał ją jakiś uśmiechnięty, bardzo życzliwy Arab, chyba Amir. Była tak zdenerwowana, że teraz nawet nie była pewna jak miał na imię. Na początku bardzo drżał jej głos, gdy pani Barbara witała się z nią po angielsku. Włożyła w te aplikację masę pracy. Przeczytała chyba każde zdanie na firmowej stronie internetowej. Pooglądała na Youtube filmy instruktażowe do rozmowy o pracę po angielsku. Warto było się postarać. Nie miała pojęcia, ile było kandydatek, ale to ona wygrała.

Po kilku miesiącach milczenia, znowu odezwała się na messengerze do Pani Marty, jej nauczycielki od francuskiego w technikum. Gdyby nie jej program autorski i ogromna pasja, chyba Ana nie zdecydowałaby się studiować romanistyki. To jej pierwszej pochwaliła się, gdy zdała egzamin licencjacki. To do niej napisała teraz, że chyba właśnie dzięki dobrej znajomości francuskiego dostała dobrą pracę w Rzeszowie.

Nagle coś jej się przypomniało. Przejechała palcem po półce meblościanki. Dość gruba warstwa kurzu została jej na palcu. Skrzywiła się z niesmakiem. Poszukiwania ściereczek w kuchni nie przyniosły żadnego efektu. Miała wielką ochotę wyskoczyć do pobliskiego sklepu po środki czystości, ale czuła się ogromnie zmęczona. Zajrzała do kartonu z ubraniami. Poświęciła stary podkoszulek i namoczoną tkaniną przetarła półki i wnętrza szafek. Dopiero po tym mogła ze spokojem poukładać swoje ubrania. Miała tak mało rzeczy, że rozpakowanie kartonów i posprzątanie zajęło nie więcej niż godzinę. Starego Singera postawiła na razie na dnie szafy. Póki co nie miała pomysłu, gdzie mogłaby szyć. Stół w kuchni wydawał się zbyt mały. Nic to, zastanowi się, co zrobić, gdy będzie taka potrzeba.

Kompletnie nie pomyślała o tym, by kupić coś do jedzenia na kolację. Pudełko malinowej herbaty spakowała do kartonu jeszcze w domu. Teraz wyprawa dwa piętra niżej wydawała się wysiłkiem ponad siły. Zrezygnowana, zrobiła sobie jeszcze jeden kubek aromatycznego naparu i  przyjemnie rozgrzana od środka, rozłożyła bordowe straszydło. Nie znalazła żadnej pościeli. Rozpakowała stary śpiwór i rzuciła na kanapę. Na dziś musi wystarczyć. Jutro będzie miała dość czasu, by w okolicznych szmateksach kupić pościel.

Otworzyła okno balkonowe. Z przyjemnością zaciągnęła się wciąż jeszcze ciepłym majowym powietrzem. Pod balkonem znajomo szumiał ruch uliczny. Postała tak chwilę. Nigdzie jej się nie spieszyło, miała tyle czasu, ile chciała. I sama decydowała, co z nim zrobi. 

  Piknięcie messengera oderwało ją od metalowej barierki. Wróciła do środka. Nie musiała sprawdzać, kto to i tak wiedziała, że Ewa.

– Dojechałaś? – Przeczytała na wyświetlaczu.

– Tak jest, mamusiu :)

– No to dobranoc. – Pożegnała się przyjaciółka.

Znała Ewę od pieluch, wychowywały się prawie jak siostry, mimo że była dwa lata młodsza od Any. Pewnie nie obroniłaby doktoratu z filozofii,  ale dziewczyna była przekonana, że jest najlepszym człowiekiem, jakiego zna. Z trudem wymigała  się z parapetówki na sobotę. Wszelkie rozrywki będą musiały poczekać, aż trochę stanie na nogi. Sama kaucja za mieszkanie wyniosła tysiąc złotych. Utrzymanie pochłonie ogromną część jej pensji, ale nigdy nie będzie żałowała wyprowadzki. Z resztą i tak nie może już wrócić do mieszkania rodziców na Sadowej.

Wyjęła z szafki czystą bieliznę i koszulę nocną. Czas już na prysznic i sen. Bardzo długo stała pod strumieniem ciepłej wody. Miała wrażenie, że każda maleńka strużka zabiera ze sobą cząstkę stresu ostatnich dni. Zrelaksowana, wyszła z łazienki. Mokre włosy już zdążyły oblepić koszulę z tyłu. Z westchnieniem ulgi wsunęła się do starego, choć czystego śpiwora. Zasnęła w trzy sekundy.

małe WIELKIE MARZENIA
23 kwietnia 2019, 19:53

 

           małe wielkie MARZENIA

 

 

          Było już popołudnie, gdy ośmioletnia Kasia trzasnęła drzwiami i wybiegła z domu. Niewiele widziała przez łzy. Przebiegła przez podwórko i wpadła do ogrodu. Tyle już razy się tutaj bawiła. Odkąd pamięta zawsze chowała się w ogrodzie, gdy było jej smutno. Oparła się o najstarsze drzewo, a w końcu je przytuliła.

 

            – Przecież ja nie chciałam! To był wypadek – chlipała.

 

Nie chciała przecież strącić ze stołu mamy ulubionej filiżanki do kawy. Mamcia zdarzyła krzyknąć „Nie!”, ale stało się. Potłukła się, nie ma jej. Kasia tyle razy słyszała od mamy, że to była PAMIĄTKA. Dostała ją od babci Marysi na osiemnaste urodziny i innej już nie dostanie, bo babcia przecież umarła. Tak jej mówiła mama.

 

Kasia mocniej objęła drzewo. Tak bardzo chciała, żeby TO się nie stało, żeby nie strąciła kredką tej kawy. Drzewo szumiało nad nią kojąco. Kasia w myślach wyszeptała: „Pani Brzozo, niech pani spełni moje marzenie, ja chciałabym, żeby ta filiżanka była cała i taka piękna jak była, w kwiatki. Proszę Pani Brzozo”.

 

Nagle Kasia usłyszała wołanie zaniepokojonej mamy, szybciutko wróciła do domu, nie chciała jej jeszcze bardziej zdenerwować. Gdy tylko weszła do środka, mama od razu ją mocno przytuliła.

 

– Kasieńko, proszę cię mów mi jak wychodzisz do ogródka, przestraszyłam się, bo nie mogłam cię znaleźć. Bardzo cię kocham - powiedziała mama.

 

Razem weszły do kuchni, gdzie już czekał ulubiony obiad Kasi - mięsko z sosikiem! Dziewczynka usiadła przy stole i aż przetarła oczy ze zdziwienia.

 

– Mamo! Twoja kawa! – zawołała.

 

– A tak kochanie, chwileczkę już ją zabieram ze stołu. Jedz skarbie – rzekła trochę roztargniona i zabrała filiżankę ze stołu. CAŁĄ KWIATUSZKOWĄ FILIŻANKĘ.  Pani Brzoza spełniła marzenie Kasi i naprawiła ją. Mama nawet nie wiedziała, że była stłuczona!

 

            Pomiędzy kęsami pysznego obiadu, Kasia nie przestawała się uśmiechać. Mama tylko zerkała i uśmiechała się do niej, ale dziewczynka ani słowem nie zdradziła, co się wydarzyło w ogródku. Przecież by nie uwierzyła. Była już DUŻA, a jak się jest dużym, to się nie wierzy w takie rzeczy. Kasia była o tym całkowicie przekonana.

 

            Minęło kilka dni, taka piękna pogoda była za oknem, a ona co? Musiała siedzieć nad czytanką. „To takie niesprawiedliwe” – narzekała w myślach. „Słoneczko świeci, a ja mam się uczyć czytać”.

 

            Jak tylko mama się odwróciła, Kasia czmychnęła z kuchennego krzesła i czym prędzej pobiegła do ogrodu. Nie zapomniała, co dla niej zrobiła Pani Brzoza. Pomknęła prosto do najstarszego drzewa, znów je przytuliła i wyszeptała w myślach: „Pani Brzozo, czy może Pani spełnić moje marzenie? Chcę już umieć czytać tę głupią czytankę o Julce!”.

 

            Wróciła szybko do domu, tak, żeby mama zajęta sprzątaniem łazienki nie zauważyła jej nieobecności.

 

            – Mamo, mamo! – zawołała. – Chodź szybko do mnie!

 

            Przestraszona krzykami córeczki przybiegła za chwilkę.

 

            – Mamo zobacz, umiem to wszystko przeczytać – pochwaliła się Kasia.

 

            Powoli, bez żadnego zająknięcia, dziewczynka przeczytała cały wierszyk.

 

            – Kasiu, musisz być z siebie taka dumna, że dałaś radę – powiedziała mama.

 

            – Tak, jestem – trochę niepewnie odpowiedziała dziewczynka.

 

            Następnego dnia dostała uśmiechniętą buzię za czytanie wierszyka, a mama była taka szczęśliwa, że aż kupiła jej czekoladę, wieeeeelką czekoladę. Już mniej podobało się Kasi, że dostawała ją po kawałku, choć miała ochotę zjeść całą od razu, ale to było jak mówiła mama „niezdrowe”. Dziewczynka bardzo nie lubiła tego słowa. Wszystko, co jej bardzo smakowało było niezdrowe - czekolada, lody i słodkie soczki.

 

            Jak już dziewczynka spałaszowała spory kawałek czekolady mama posadziła ją przy stole i pokazała nowy wierszyk.

 

            – Teraz mi to przeczytaj kochanie, nie wiem jak to się stało, ale już chyba umiesz.

 

            Kasia spojrzała niepewnie na kartkę w książce.

 

            – Był…ssssobie raz blok…– zaczęła jąkać się dziewczynka.

 

            – Kasiu, tu jest napisane smok – zdziwiła się mama. – Przecież wczoraj świetnie czytałaś. Dzisiaj już nie potrafisz? Nauczyłaś się wierszyka na pamięć, tak?

 

            – Nie mamo nie, ja…– dziewczynka nie wiedziała, co powiedzieć, przecież nie mogła wyznać mamie, że pomogła jej Pani Brzoza!

 

            – Dobrze Kasiu – westchnęła mama. – Będziemy się uczyć dalej. Ta literka to jest „s” jak smok, nie „b” jak baranek. W wyrazie smok jest też „m” jak mama, a nie „l” jak lala.

 

            Dziewczynka słuchała niezbyt uważnie. „Pani Brzoza mnie oszukała” – pomyślała. Jak tylko skończyły się uczyć, Kasia znowu popędziła do ogródka, przytuliła starą brzozę i złożyła rereklamację. Dziewczynka wiedziała, co to trudne słowo „rereklamacja” znaczy, bo mama jej kiedyś wytłumaczyła jak zepsuła się suszarka do włosów i musiała ją oddać do sklepu. Dostała ją z powrotem naprawioną kilka dni później. Kasia była bardzo zadowolona, że suszarka wróciła do domu, bo bardzo lubiła jej buczenie jak mama suszyła włosy. Mogłaby tak stać i stać długo, choć bardziej wolałaby zasypiać przy tym buczeniu.

 

            „Pani Brzozo” – mówiła do drzewa w myślach. „Składam rereklamację. Nie umiem czytać!”

 

            Nagle w główce usłyszała głos, ktoś mówił bardzo wolno i tak jakby z daleka, ale jak się skupiła mocno, słyszała wszystko.

 

            – Kaaaasiuuuu –  słowa były jakieś takie…długie. – Chciałaś umieć czytać tę głupią czytankę o Julce. Umiesz ją czytać.

 

            – Ale tylko to, a ja chciałam umieć czytać wszystko! – krzyknęła w myślach Kasia.

 

            – Kaaaasiuuuu… – Dalej było jej ciężko zrozumieć to stare drzewo. – Ja spełniłam twoje marzenie.

 

            – To ja teraz chcę umieć wszystko czytać! – wrzasnęła w myślach rozzłoszczona dziewczynka.

 

            – Tego marzenia już nie mogę spełnić, bo już było jedno o czytaniu. Uważaj, o czym marzysz, bo ja marzenia spełniam…

 

            Kasia niezadowolona puściła drzewo, nawet się już zamachnęła, żeby je kopnąć. Przecież ona chciała umieć czytać, a nie tylko jakiś jeden głupi wierszyk.

 

Wróciła do domu i usiadła znowu w kuchni nad książką. „Nie lubię szkoły” – pomyślała. „ Pani Brzoza jest głupia”.

 

            Kasia znowu siedziała nad lekcjami. Dziś tata pomagał jej w matematyce, bo mama była aż do wieczora w pracy. Kolejny raz tłumaczył to samo, a Kasia dalej nie rozumiała.

 

             – Tato, muszę do toalety – skłamała.

 

            – Dobrze, tylko zaraz wróć – westchnął. – Chyba on też już zdążył się zmęczyć matematyką.

 

            Kasia po cichutku wyszła z domu. Pognała do ogródka i jak zwykle objęła najstarsze drzewo. „Pani Brzozo” – poprosiła w myślach. „Spełnij moje marzenie, chcę, żeby tu była moja babcia, teraz, zaraz, już”. I pędem wróciła do domu. Biegnąc, chciała, żeby babcia już tam była. Ona na pewno pozwoli jej pooglądać bajeczkę, zamiast uczyć się nudnej matematyki, zawsze jej pozwala. Tak szybko się uwinęła, że tata naprawdę nie zauważył jej nieobecności. O mało się tylko nie przewróciła na ganku o swojego ukochanego kotka. Nagle oboje usłyszeli w salonie jakieś hałasy. Weszli do pokoju i zobaczyli BABCIĘ! Szamotała się kompletnie nie rozumiejąc jak się tutaj znalazła.

 

            – Mamo, co tu robisz? – zawołał tata.

 

            – Ja… nie wiem, byłam w kuchni. To pamiętam, przecież mam jeszcze fartuszek, gotowałam pierogi – nagle rozpłakała się.

 

            – Proszę nie płacz. – Kasią przytuliła się do jej spódnicy pachnącej pierogami. – Nic się nie stało, obejrzymy bajeczkę razem albo pobawisz się ze mną.

 

            – Ja nie wiem, co się stało, jak się stało, co ja tu robię? – płakała dalej babcia.

 

            – Już dobrze mamo, odwiozę cię do domu, nic się nie martw – zaproponował tata i poszedł po kluczyki do samochodu.

 

            Kasia w tym czasie znów wymknęła się do ogrodu.

 

            „Pani Brzozo! Znowu składam rereklamację” – zawołała w myślach. „Babcia jest, ale nie chce się ze mną bawić i cały czas płacze”.

 

            – Kaaaasiuuuu, spełniłam twoje marzenie. Babcia przybyła. Ale Kaaasiuuu, nie wolno marzeniami krzywdzić innych, nie zapytałaś babci, czy ona chce z tobą być w twoim domu. – Tak długo mówiło drzewo, że Kasia z całych sił znów musiała się skupić, żeby wszystko zrozumieć.

 

            – Przecież ona mnie kocha, lubi się ze mną bawić i pozwala mi oglądać bajki!

 

            – Ale może akurat nie dzisiaj.

 

            Zapłakana Kasia wróciła do domu. Tata zabrał ją i babcię, i pojechali wszyscy razem do Dziaków. Babcia dalej była roztrzęsiona i nie rozumiała, co się stało. Jak tylko wróciła do domu od razu położyła się spać.

 

            „To niesprawiedliwe!” – oburzyła się w duchu Kasia. „Przecież ja tylko chciałam się z babcią pobawić albo pooglądać bajeczki, a nie odrabiać te głupie lekcje!”.

 

            Oboje z tatusiem w milczeniu wrócili do domu. Kasia była zupełnie rozczarowana tym spełnionym marzeniem. Postanowiła więcej nie odwiedzać Pani Brzozy, bo oprócz całej filiżanki, nic dobrego z tego nie wyniknęło. Nie nauczyła się wszystkiego czytać, a babcia bardzo się zdenerwowała i wcale nie miała ochoty na zabawę i bajeczki.

 

            Pewnego dnia Kasia siedziała przy stole w kuchni ze swoimi ulubionymi, grubymi kredkami i rysowała całą rodzinę. Była tam tatuś i mamusia w kolorowej sukience, babcia, obaj dziadkowie i kocurek Fąfel. Jakoś smutno  na tym rysunku wyglądał jej ukochany kotek, miał czarne futerko i zielone oczka. Dziewczynka ze złością zaczęła kolorować zwierzaka na różowo. „No, teraz dużo lepiej” – pomyślała zadowolona i poszła poszukać Fąfelka, żeby mu pokazać swoje dzieło. Złapała go w salonie i tak mocno trzymała, że aż zamiauczał oburzony.

 

            – Popatrz Fąfelusiu, to ty! – powiedziała i przysunęła łebek kotka bliżej kartki. Kotek tylko mruczał.

 

            – Podoba ci się! Hura! – krzyknęła dziewczynka. – A może ty chcesz mieć różowe futerko? – szepnęła mu prosto do uszka.

 

            Zostawiła kotka w domu i podskakując udała się do ogrodu, bo przyszedł jej do głowy pewien pomysł.  Już nie była tak bardzo obrażona na drzewo. Przytuliła się do starej brzozy i cichutko powiedziała:

 

            – Pani Brzozuniu, trochę z babcią nie wyszło, ale ja już nie będę składać rereklamacji, obiecuję, ale mam jeszcze taką malutką prośbę, takie tyci tyci marzenie. – Na chwilę przerwała, bo musiała się skupić i wszystko powiedzieć jak trzeba, dokładnie, żeby marzenie się udało. – Pani Brzozuniu, chcę, żeby mój kotek Fąfel miał różowe futerko, ale tylko futerko, nie oczka, nie uszka.

 

            – Zapamiętasz? – zapytała. – Tylko różowe futerko dla kotka – specjalnie zaczęła mówić tak strasznie wolno jak Pani Brzoza, może łatwiej się dogadają.

 

            Popędziła do domu, bo chciała jak najszybciej sprawdzić, czy jej marzenie zostało spełnione tak jak ona chciała.

 

            – Fąfel – zaczęła wołać kocurka. – Fąfeluniuuuu. No gdzie się kotku schowałeś? Chciałam ci dać mleczka. „Może na mleko się skusi” – pomyślała Kasia, ale nigdzie kotka nie było. Pobiegła do mamy do salonu i pytała, czy go nie widziała, ale zaprzeczyła. Przeszukała caluteńki dom. Już się zaczynała martwić, że kotek zaginął, gdy wpadła na pomysł, że sprawdzi jeszcze jedno miejsce. Przecież lubił się chować w koszu na pranie. Szybko tam poszła. Jest! Nie bardzo chciał wyjść, ale jakoś jej się udało wyciągnąć zwierzątko.

 

            – Fąfeluniu, co ci się stało? – zapytała przytulając się do ślicznie różowego futerka, bo kotek miauczał żałośnie. – Nie podoba ci się nowe futerko? – Miauczenie stało się jeszcze głośniejsze. Kasia zaczęła płakać, przecież wydawało jej się, że zwierzątku spodobał się pomysł nowego koloru futerka. Przytuliła mocniej kotka i szepnęła mu do uszka:

 

            – Fąfelku, naprawię to zobaczysz, będziesz miał takie futerko, jakie chcesz, obiecuję!

 

            Wzięła ze sobą kotka do kuchni. Najpierw sprawdziła, czy mama jeszcze jest w salonie, bo chciała kotka posadzić na stole, a mama zawsze się denerwowała jak to robiła i mówiła, że kot tam nie może być. Uspokojona Kasia posadziła go przed sobą na kuchennym stole i patrząc mu prosto w zielone oczka zapytała:

 

            – Koteczku mój, Fąfeluniu, jaki chcesz mieć kolor futerka? – Zamiauczał tylko żałośnie.

 

            – Oj Fąfelku – Kasi znowu chciało się płakać. – Ja nie znam kociego, ty nie znasz ludzkiego, to skąd mam wiedzieć, jaki chcesz kolor?

 

            Zanim wybiegła z domu, nie posprzątała kredek i rysunku. Nagle wpadł jej do głowy nowy pomysł.

 

            – Fąfelku – powiedziała – pokażesz mi swój ulubiony kolor, dobrze? Zamiaucz jak to będzie ten dobry. – I zaczęła po kolei wyjmować kredki z pudełka. Różową od razu odłożyła na bok. Żółty, pomarańczowy, czerwony, fioletowy, zielony, szary, czarny, brązowy, biały, żaden kolor chyba mu się nie podobał, bo w ogóle już nie miauczał. W końcu dziewczynka wyciągnęła ostatnią, niebieską kredkę. Kotek zaczął miauczeć radośnie i zaczął trącać kredkę łapką.

 

            – Fąfelku, to jest niebieska! – krzyknęła dziewczynka. – No tak Fąfeluniu, przecież jesteś chłopczykiem, nie dziewczynką, to ci się różowe futerko mogło nie podobać.

 

            Już uśmiechnięta Kasia zabrała kotka ze sobą i poszła do ogrodu. Przytuliła się do starej brzozy trzymając pod pachą zwierzątko i szepnęła:

 

            – Pani Brzozo ja wiem, że już było jedno życzenie o futerku, ale Fąfelek nie chce różowego, nie podoba mu się i płacze. Bardzo proszę Pani Brzozuniu, ten jeden raz spełnij jeszcze jedno marzenie o futerku, chciałabym, żeby futerko mojego kotka Fąfelka było niebieskie, on tego naprawdę chce. – Przyłożyła łapki zwierzątka do pnia starego drzewa, może on też potrafi jakoś powiedzieć Pani Brzozie swoje marzenie. Nagle Kasia poczuła jak kotek trochę drży. Spojrzała na niego i aż pisnęła z radości.

 

            – Fąfelku, widzisz? – zapytała. – Masz niebieskie futerko, ale śliczny jesteś. – Kotek polizał ją po twarzy.

 

            Dziewczynka położyła dłoń na korze drzewa i dodała jeszcze cichutko:

 

            – Bardzo, bardzo dziękuję. Widzi Pani jaki kotek jest zadowolony? On chciał mieć takie futerko, a nie to czarne, brzydkie.

 

            Kasia, wciąż tuląc zwierzątko, wróciła do domu. Od razu poszła do salonu pokazać mamie, jaki Fąfelek jest śliczny. Wyciągnęła kotka w stronę mamy i powiedziała:

 

            – Zobacz mamusiu, jakiś śliczny, sam chciał mieć niebieskie futerko.

 

            – Ale przecież Kasiu, twój kotek jest czarny. Takiego sobie wybrałaś.

 

            – Mamo, naprawdę widzisz czarne futerko?

 

            – No tak kochanie, a jakie miałoby być? Kasiu, coś się stało? – zaniepokoiła się mama.

 

            – Nie, nic mamo, idę się pobawić do swojego pokoju.

 

            – Dobrze skarbie, kocham cię.

 

            – Ja ciebie też, mamo.

 

            Kasia zabrała kotka ze sobą do pokoju. Usiadła na swoim łóżeczku i uśmiechnięta mówiła do zwierzątka:

 

            – To co Fąfeluniu? Mamy swoją tajemnicę? – Kotek znów polizał ją po policzku szorstkim językiem. Kasia była nawet zadowolona, że tylko oni oboje wiedzą jak bardzo kocurek jest wyjątkowy.

 

            – Rodzicie i tak by nie uwierzyli – dodała pewnym głosem.

 

            Wieczorem mama czytała jej ulubioną książkę o kucykach na dobranoc. Gdy skończyła, Kasia zamiast pożegnać się i iść spać, zaczęła mamę prosić:

 

            – Mamuniu kochana, kup mi konika, proszę, proszę – i zrobiła swoją ulubioną, zabawną minę, jak zwykle, gdy chciała, żeby  spełniło się jej życzenie. Mama mówiła, że wygląda wtedy jak ruszający buzią chomiczek.

 

            – Kasiu – westchnęła mama zrezygnowana. – Już tyle razy rozmawiałyśmy o koniku. Chciałabym ci dać całe stado, ale wiesz przecież, że nie mamy na tyle pieniążków, żeby go kupić.

 

            – No mamoooooo – Kasia nalegała dalej.

 

            – Kochanie przykro mi, ale to niemożliwe, wiesz o tym przecież. Denerwuję się, jak mnie prosisz o konia, bo wiesz, że nie mogę ci go kupić. Nie proś mnie więcej – powiedziała mama stanowczym głosem.

 

            – Dobrze mamo – zrezygnowała Kasia. – Dobranoc.

 

            – Dobranoc skarbie – mama przytuliła dziewczynkę. – Wiem, że bardzo byś chciała mieć konika, ale nie wszystkie twoje życzenia mogę spełnić, choćbym chciała. Przykro mi. Chciałabym mieć magiczną różdżkę, żeby spełniała wszystkie marzenia.

 

            – Tak wiem mamo.

 

            Dziewczynka ze zwieszoną główką poszła do swojego pokoju. Tyle razy wyobrażała sobie, jakby to było mieć takiego swojego konika, ale już wiedziała, że to niemożliwe. Zanim poszła spać, popatrzyła jeszcze na te wszystkie śliczne zwierzęta, których zdjęcia miała oprawione na ścianie. Mama pozwoliła jej wybrać kilka fotografii koni i powiesić tak, żeby mogła je widzieć codziennie rano po obudzeniu. Niestety zrobiło jej się jeszcze smutniej. Miała już umyte zęby i ubrana była w piżamkę, więc mogła się po prostu położyć spać. Zanim na dobre zasnęła pomyślała jeszcze: „Kiedyś będę miała swojego konika i już!”.

 

            Następnego dnia jak tylko zobaczyła niebieskiego Fąfelka, od razu jej się przypomniała Pani Brzoza. Przecież może poprosić ją o konika! Jak wracała ze szkoły, zapytała mamę, która przyprowadziła ją z przystanku, czy mogłaby chwilkę zostać w ogródku sama, zgodziła się. Kasia dla niepoznaki, pokręciła się trochę tu i tam, pozrywała trochę kwiatków i cały czas zerkała, czy mama już weszła do domu. Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, dziewczynka od razu pobiegła do najstarszego drzewa.

 

            – Pani Brzozuniu – znów mówiła cichutko przytulona do drzewa – teraz to ja mam takie wielkie marzenie, takie największe. Chciałabym mieć konika.

 

            – Kasiu, konika na biegunach? – zapytało wolno jak zwykle drzewo.

 

            – Nie, proszę pani. Takiego żywego, prawdziwego małego konika.

 

            – Kasiu, a czy ty wiesz, co taki konik je? – Bardzo ciężko było rozmawiać z drzewem.

 

            – Eeee…– zawahała się dziewczynka – jabłka?

 

            – Haaaahaaaahaaaa – Kasia słyszała w głowie tubalny śmiech drzewa. – Tak Kasiu, na deser. A gdzie chciałabyś go trzymać? – padło kolejne bardzo rozwleczone pytanie.

 

            – No jak, gdzie, pewnie, że w domu – dziewczynka zdziwiła się.

 

            – A zwykle gdzie mieszkają koniki? – znów zapytała brzoza.

 

            – Chyba w stajni – ale Kasia wcale nie była pewna swojej odpowiedzi.

 

            – A co chciałabyś robić z tym konikiem? – Pani Brzoza zamęczała dziecko nieznośnie powolnymi pytaniami.

 

            – Chciałabym się z nim bawić i go czesać, i tulić.

 

            – A może chciałabyś jeździć na koniku? – zaproponowało wolno drzewo.

 

            – Ale przecież nie umiem – zdziwiła się dziewczynka.

 

            – A chciałabyś się nauczyć?

 

            – Chyba tak, ale na koniku nie będzie za wysoko? Bo ja się trochę boję wysokości… – zapytała przestraszona dziewczynka.

 

            – A ty wiesz, gdzie mieszka dużo koników?

 

            – W dużej stajni?

 

            – Kasiu, w stadninie koni. A wiesz, gdzie jest taka stadnina?

 

            – No ja nie wiem, ale mama będzie wiedziała na pewno! Mama wie wszystko! – z zapałem krzyknęła dziewczynka.

 

            – To jej zapytaj i jedźcie tam. Możesz pomagać w pracy przy konikach i wszystkiego się dowiesz. – Kasia już się trochę przyzwyczaiła do tego jak wolno mówiło drzewo.

 

            – Pani Brzozuniu, a co z moim marzeniem? Ja chcę MIEĆ konika – upierała się dziewczynka.

 

            – Kasiu, już wiesz, jak smakuje spełnione marzenie. Ty możesz marzenia spełniać sama.

 

            – Pani Brzozuniu, ja nie mam pieniążków na konika, mam swoją skarbonkę, ale mama mówiła, że tam trzeba duuuuuużo, strasznie dużo pieniążków, nawet mama z tatą tyle pieniążków nie mają.

 

            – Kasiu, na górę trzeba się wspinać, a nie wskakiwać na nią. – Oczy Kasi robiły się coraz bardziej okrągłe.

 

            – Jaka góra? Ja nie byłam nigdy w górach – zdziwiła się dziewczynka.

 

            – Twoje marzenie to taka góra Kasiu. Do zdobycia.

 

            – Ale jak ja mam to zrobić Pani Brzozuniu? – dziewczynka dalej nie rozumiała.

 

            – Krok za kroczkiem, tak jak się wchodzi na górę. Nóżki robią się mocniejsze, tyle można zobaczyć.

 

            – A co to za kroczki?

 

            – Może najpierw zobacz, jak się opiekować konikiem. To taki kroczek, naprzód.

 

            – Dobrze Pani Brzozuniu.

 

            Kasia szybciutko wróciła do domu.

 

            – Mamoooooo! – krzyczała już od drzwi. – Mamoooo, gdzie jesteś?

 

            Zdenerwowana mama zaraz przybiegła.

 

            – Kasiu, co się stało? – krzyknęła.

 

            – Mamo, gdzie jest tu najbliżej stadnina?

 

            – Jaka stadnina Kasiu? – kompletnie nie rozumiała mama.

 

            – No koni, nie wiesz co to jest stadnina koni? – zdziwiła się dziewczynka.

 

            – No to wiem, ale po co ci stadnina koni?

 

            – Chcę tam pojechać i opiekować się konikami.

 

            – To już nie chcesz mieć swojego? Tylko będziesz się opiekować innymi? – zapytała z nadzieją mama.

 

            – Ja się mamo nauczę teraz opiekować konikami, a zobaczysz, jak będę duża i będę miała pieniążki to sama sobie kupię konika! – wykrzyknęła radośnie Kasia.

 

            – No to jest plan – pochwaliła mama. – Podoba mi się, chodź, poszukamy razem najbliższej stadniny, pojedziemy na wycieczkę w niedzielę.

 

            – Hura! – krzyknęła Kasia. – Zobaczę prawdziwe koniki!

 

            Kasia zaczęła skakać z radości po ganku, a mama śmiała się do łez. Od tamtego dnia Kasia nie chodziła już do Pani Brzozy, była zbyt zajęta zajmowaniem się konikami, a potem jazdą konną. Gdy już była dorosła, przyprowadziła za uzdę do ogrodu swojego własnego ukochanego konia, miał na imię Piorun.  Był cały czarny, miał tylko białe skarpetki i tego samego koloru plamkę na czole. Kasia czule pogłaskała konia po smukłej szyi, a potem korę najstarszego drzewa w ogródku. Nagle koń stojący dotąd w cieniu brzozy położył się i z zadowoleniem przymknął oczy. Kasia nie mogła zrozumieć, dlaczego to zrobił, zwykle był posłuszny. Sama położyła się obok i oparła głowę o ciepły bok zwierzęcia. Widziała teraz tylko bezchmurne niebo i falujące na wietrze małe listki drzewa. Zachowała w tajemnicy rady Pani Brzozy i nigdy z nikim o tym nie rozmawiała. Wsparta na Piorunie z przyjemnością wsłuchiwała się w szum liści, dla niej jak zwykle brzmiał kojąco.