Archiwum lipiec 2019, strona 1


Szpital
12 lipca 2019, 10:45

Szpital

   Początek opowiadania powstał jako ćwiczenie, którego celem było stworzenie postaci będacej naszym przeciwieństwem. Zaprszam:)

   Wypielęgnowane dłonie coraz bardziej ślizgały się od potu na jasnej skórze kierownicy. Miał wrażenie, że bose stopy w mokasynach to już mu pływają. Błąd. Już w Trójcy wiedział, że popełnił błąd. Mógł zlecić conciergowi  wezwanie lekarza i zostać  w hotelu w Arłamowie. Kretyn, myślał, że da radę wrócić sam do Krakowa.
Zatrzymał się na jakimś Orlenie na zadupiu i kupił ibuprofen. Trzy tabletki łyknął naraz, ale gówno dały. Palący ból w prawym boku odbierał mu oddech. Raz ledwo zdążył znaleźć kawałek szerszego pobocza, bo obiad podjechał mu do gardła. Mało butów nie obrzygał. Pierdolone Bieszczady! Zachciało mu się weekendu w dziczy. Klimatyzacja huczała na najwyższych obrotach.
Wpisał w GPSa najbliższy szpital. Gdy usłyszał „Jesteś u celu” ledwo już widział na oczy. Aż syknął, jak samochód zaczął podskakiwać na dziurach parkingu. Za każdym razem miał wrażenie, że coś mu się w środku drze na kawałki. Znalazł na szczęście miejsce gdzieś w samym rogu, może mu te kmioty Insygni nie porysują. Pchnął drzwiczki od auta. Aż mu w oczach pociemniało. Parę głębokich wdechów i dał radę wytoczyć się z opla. Szedł zgięty wpół niemalże. Raczej na nic mu teraz te siłki, jak ma chyba ze czterdzieści stopni gorączki.
To ma być kurwa szpital? Przecież jego centrum medyczne jest większe. „ To miasto to chyba Lesko” – pomyślał mętnie. Z trudem czytał napisy pod sufitem. W końcu znalazł nocną i świteczką opiekę. Opadł ciężko na plastikowe krzesło. Schował twarz w dłoniach, bo jakiś pierdolony smarkacz darł się na kolanach matki. Dygotał. Upał na zewnątrz doskwierał, a on trząsł się cały.
Pamiętał jeszcze, że dał pielęgniarce dowód. Pamiętał zieloną kozetkę. Pamiętał nawet, że papier na niej był syfiasto pomięty. „Zmienia się go po każdym pacjencie debile!” Tyle zdążył pomyśleć, nim zapadła ciemność.
    Obudził go ból. Rwanie w boku wydarło jęk z gardła. Jakaś biała plama poruszyła się gdzieś niedaleko. Spojrzał tam. Pielęgniarskiego kitla raczej nie da się z niczym pomylić.
    – Jestem w szpitalu? – stęknął.
    – Tak dziecino. Ledwo zdążyliśmy, bo już jedna nogą byłeś na tamtym świecie. – Przyjrzał się uważniej uśmiechniętej pielęgniarce. Miała chyba ze sto lat. No może sześćdziesiąt. Włosy nieufarbowane. Twarz, dekolt i dłonie zorane zmarszczkami jak Pustynia Gobi. Odwrócił się.
    – Miałeś dziecino zapalenie otrzewnej. Pękł ci wyrostek i się wylał. Jak się czujesz? – ciągnęła dalej jak nakręcona z nieodłącznym uśmiechem.
    – No zajebiście – mruknął.
    – Słyszałam! – Była blisko. Bliżej niż by tego sobie życzył. – No wiesz taki fajny młody chłopak i takich brzydkich słów używa. – Łajała go dalej przyjaznym tonem jak jakiegoś gówniarza. Nawet nie odpowiedział.
    – Czy chcesz coś przeciwbólowego? – zapytała jeszcze.
    – Tak – mruknął.
    – O! Jednak umiesz mówić! Doskonale. Porozmawiam z lekarzem. A ty tu sobie odpoczywaj kochaneczku.
    – Stara pizda – powiedział na tyle głośno, że mogła słyszeć na odchodnym. Nie zareagowała.
    – Zostaw ją w spokoju. – Usłyszał nagle głos spod drugiej ściany. Wiszące kroplówka i poobwijana bandażami, podwieszona noga świadczyły nieomylnie, że nie tylko on był pierdolonym pechowcem.
    – No bo co? – odburknął.
    – Posłuchaj, ty głupku. Pani Wiesia dwa tygodnie temu pochowała męża, więc morda w kubeł. Jak nie masz nic normalnego do powiedzenia, to siedź cicho szczylku jeden. – Gość miał głowę też obwiniętą bandażem, więc trudno było zgadywać wiek, ale raczej średni.
    Na salę wróciła piguła.
    – Jak tam Tomeczku, potrzebujesz czegoś? – zagadnęła sąsiada świergotliwym tonem.
    – Dziękuję pani Wiesiu, tak się pani mną opiekuje, że pewnie mnie stąd wypiszą raz dwa.
    – Tomeczku… – Zmarszczyła brwi. – Po  takim wypadku to ty tu sobie leż i zdrowiej. Nie ma co się do domu spieszyć, zdrowie najważniejsze.
    – Ale firma… – głos się załamał gościowi. – Anka nie poradzi sobie sama z firmą i z dziećmi.
    – Ania to bardzo dzielna kobieta. Da radę. Ty się nic Tomeczku nie martw. – Pogłaskała „Tomeczka” po ręce.
    – Już do ciebie idę kochaneczku. Jak masz na imię dziecino? – zagadnęła go.
    – Co to karty pani nie czytała?
    – Ja mam na imię Wiesława – ciągnęła niezrażona.
    – Maciek.
    – Miło mi cię poznać. Już zakładam nową kroplówkę. – Zaczęła mu grzebać przy wenflonie na ręce.
    – Gdzie jest mój telefon? – zapytał chłopak.
    – Nie wiem kochaneczku. Pewnie w depozycie. Sprawdzę, nie martw się. Nam tu nic nie ginie. Odpoczywaj dziecino. – Poklepała go tak jak i „Tomeczka” po ręce i wyszła. Opadł na poduszkę. Czuł, że go piecze cewnik założony na penisa, ale w głowie mu nie postało, żeby o tym mówić tej wścibskiej babie.
    Nie wróciła. O telefonie zapomniała. Z ulgą zobaczył, że na wieczorny obchód przyszedł sam lekarz.
    – Proszę, to od pani Wiesi. Podobno pytał pan o swój telefon? – zaskoczył go  lekarz wyciągając nic innego jak jego ipada.
 – Nagięliśmy trochę procedury, bo teoretycznie tylko pan może pobrać rzeczy z depozytu, ale pani Wiesia potrafi wszystko załatwić – roześmiał się lekarz. – Maciek wziął telefon do ręki.
– Jeśli da pan radę to proszę samemu przesunąć kołdrę, potrzebuję zobaczyć jak pana rana – powiedział Remigiusz Wolski jak głosiła plakietka na fartuchu.  Chłopak stęknął i wykonał polecenie. Czuł szarpnięcie w trzewiach jakby mu tam ktoś kroił flaki nożem.
– No całkiem dobrze – oświadczył lekarz. – Pan ma tu odczyn zapalny? Nie boli pana prącie? – zdziwił się biały kitel. Maciek nie był w stanie słowa z siebie wykrztusić. Tylko pokiwał głową.
– Ale, ale. Od zabiegu minęła już prawie doba. Dobrze zatem, przyślę pielęgniarkę, pościąga to panu a pan będzie się pionizował do toalety.
– Dziękuję – mruknął tylko Maciek.
Gdyby choć przez chwilę był sobie w stanie wyobrazić co znaczy pionizacja, zimny pot zalał by go od razu, a na razie, jak wygłodniały drapieżnik na zdobycz, rzucił się na telefon.
– Kurwa mać – krzyknął. – Rozładowany!
– Ciszej tam. Jak przestaniesz tak wrzeszczeć to ci pożyczę ładowarkę – usłyszał z łóżka pod drugą ścianą.
– Wątpię, żeby pasowała – Jego optymizm był doprawdy zaraźliwy.
– Jak nie spróbujesz, to się nie przekonasz. Naciśnij przycisk. Sam do ciebie nie dojdę, a i ty chyba jeszcze nie wstaniesz.
Zrobił jak kazał „Tomeczek”. Zaraz przyszła młoda dziewczyna i coś nacisnęła na ścianie.
– Który z panów potrzebuje pomocy? – zapytała.
– Czy mogłaby pani zabrać stamtąd ładowarkę  i podpiąć mój telefon – powiedział Maciek nader uprzejmie.
– Nie ma sprawy. I tak do pana szłam. – Szybko załatwiła temat. Z ulgą i niedowierzaniem Maciek zobaczył paseczki na ekranie. „A jednak ładuje” – pomyślał.
– Zdejmę cewnik i pomogę panu przy pionizacji – uprzedziła dziewczyna.
Zapiekło tak, że się szarpnął. I to nie był dobry pomysł. Zrobiło mu się ciemno przed oczami z bólu.
– Już dobrze? Jak się pan czuje? – pytała przestraszona młodziutka pielęgniarka.
– Dobrze – wystękał. Choćby na kolanach kurwa, ale do toalety dojdzie sam. Nie da sobie znowu założyć tego ścierwa na przyrodzenie.
– Odepnę panu na chwilę kroplówkę. Proszę spuścić nogi na dół. O tak, dobrze. I teraz powolutku się podnieść. – Oparł się na niej całym ciałem i czuł, że lada moment przewrócą się oboje. Był dla niej za ciężki. W końcu udało mu się stanąć na własnych nogach. Bok rwał jak diabli, a jemu wszystko w głowie wirowało.
– Powolutku pójdziemy.
Te parę kroków do toalety na tej samej sali wydawało mu się pełnym maratonem. Zlany potem i zmęczony wrócił na łóżko. Opadł na pościel z ulgą.
– Jakby pan jeszcze potrzebował pomocy przy chodzeniu, proszę nacisnąć czerwony przycisk. Podłączę jeszcze pana znowu do kroplówki. Już niedługo się skończy, to ją odepnę całkiem – wytłumaczyła i wyszła zaraz.
Na pościeli leżał telefon, a on dygotał pod szpitalną kołdrą. Chwilę trwało nim jakoś doszedł do siebie.
Włączył iPada. Czterdzieści dziewięć połączeń nieodebranych. Uśmiechnął się do siebie. Monika to dzwoniła chyba z budzikiem w ręce, regularnie co pół godziny. Prezes we własnej osobie nawet raz dzwonił.
Byłą już dwudziesta pierwsza, ale nie przeszkadzało mu to przekręcić do asystentki.
 – Cześć Monika. Jestem w szpitalu na pierdolonym zadupiu w Bieszczadach. Wypuszczą mnie za parę dni mam nadzieję. Notuj. – Nawet nie dał jej czasu, żeby odpowiedziała. – Wyślesz mi na maila poprawioną umowę ze Screena. Naniosę sam jeszcze poprawki. Odwołasz wszystkie spotkania do końca tygodnia. Na jutro na dziewiątą konferencja z kierownikami działów, bez video, na głośniku. Raport sprzedaży miał być dzisiaj i nic takiego nie widzę. Jutro o ósmej trzydzieści ma być na moim mailu. Pa.
    Rozmowa trwała dokładnie czterdzieści sekund. Rozmowa? Wybrał numer do Rafała.
    – Cześć stary złodzieju. No wiem, że zniknąłem, ale nawet nie pytaj. Pokroili mnie w szpitalu w Bieszczadach. Jak to, co tam robiłem? Nie pamiętasz jak ci opowiadałem? Wojtek z Alataji był w Arłamowie, to się kurwa skusiłem. W życiu już tu nie przyjadę. Jutro się dowiem, ile dni to potrwa. Trzymam rękę na pulsie. Konferencja jutro na dziewiątą. Oczywiście, że jestem pod telefonem. Trzymaj się.
    Oparł się wygodniej o poduszki. Marzyło mu się mycie zębów. Kapeć w ustach przyprawiał go o obrzydzenie. Wszystkie rzeczy zostały w aucie. Wymęczony, szybko zasnął. Nawet nie czuł jak ta sama młodziutka pielęgniarka odłączała mu kroplówkę. Obudził go „Tomeczek”
    – Pani Wiesiu! – przywitał się radośnie. – A co pani znowu tu robi? Miała pani mieć wolne.
    – Synek Marzenki zachorował. Zadzwoniła do mnie, to przyszłam ją zamienić, co będę sama w domu siedzieć.
    – Ma pani złote serce. – Pielęgniarka machnęła tylko lekceważąco ręką i podeszła do Maćka.
    – Jak się dziś czujesz, kochaneczku? – zapytała.
    – Może być – wycedził przez zęby.
    – Pamiętaj, dieta lekko strawna. Nie jedz jakieś dwa tygodnie surowych warzyw i owoców, nie pij nic gazowanego i nie dźwigaj.
    – Uhu – mruknął tylko i wziął telefon do ręki.
    – O! Jest i twój telefon, cieszę się. – Udawał, że czyta z uwagą maila, nawet nie odpowiedział.
    – A nie potrzebujesz czasem jakiś rzeczy? Wiesz tu jest sklepik na dole, szału nie ma, ale coś tam by się znalazło na przetrwanie paru dni.
    – Szczoteczka i pasta do zębów.
    – Słucham?
    – Proszę, czy mogłaby pani mi kupić szczoteczkę i pastę do zębów. Zapłacę za fatygę. – Bezczelnie popatrzył jej w oczy.
    – Ty mi za nic dziecko płacić nie musisz. Chętnie pomogę.
    – Czy w depozycie jest mój portfel? Był w moich rzeczach. Czy mogłaby pani…?
    – Da się załatwić. Spokojnie. Przyniosę ci, co trzeba, kiedyś tam mi oddasz. – Uśmiechnęła się i wyszła.
    „Tomeczek” spod bandaża na głowie spiorunował go spojrzeniem. Maciek pokazał mu środkowy palec i wrócił do maili. Pracował cały dzień. W boku dalej rwało, ale już przynajmniej nie potrzebował kroplówek. Coraz sprawniej mu szło schodzenie z łóżka i spacer do toalety. Koło południa wróciła pielęgniarka z dwiema reklamówkami.
    – Tu masz wszystko. – Położyła mu siatki na łóżku. Tylko do szafki pochowaj. Na chirurgii nic nie może leżeć na wierzchu. Czy to twój portfel?
    – Tak, mój.
    – To zostawiam ci tutaj. – Chwilę postała wyczekująco i wyszła.
    – Kultury to mama nie nauczyła. – Usłyszał z łóżka pod ścianą. – Nie zadał sobie trudu, żeby odpowiedzieć. Wygrzebał tandetną szczoteczkę do zębów, pastę i powoli poczłapał do łazienki. Na obchodzie dowiedział się, że jak dobrze będzie się goić rana, to go wypiszą w piątek albo w sobotę. Zaraz zadzwonił do Moniki.
    – Cześć. Trzeba mi dwóch kierowców na kurs Lesko Kraków. Sam nie wrócę. Mają być pod telefonem w piątek i sobotę. – Rozłączył się.
    Marzył o porządnym obiedzie. Syfiasta wodnista, przesolona zupa i jakieś resztki z podłogi na talerzu. Jak na to patrzył, chciało mu się rzygać. We środę go oświeciło. W pięć minut zlecił catering do szpitala. Już więcej nie musiał patrzeć na te pomyje. Było trochę zamieszania z dostawcą, ale czego nie może zdziałać dwie stówy wciśnięte w odpowiednie ręce?
    Młoda dziewczyna od cewnika zaprowadziła go do depozytu. Uderzył go smród przepoconych ciuchów. Skrzywił się. Zatrzyma się gdzieś po drodze i kupi coś, co się da nosić, postanowił. Na parkingu czekało już dwóch kolesi z jednym autem. Skasowali go jak za zboże, ale walić to. Chciał już być w domu. Musiał jeszcze poczekać na wypis. L4 nie chciał. Nie miał zamiaru zniżać się do brania zwolnienia lekarskiego, a przynajmniej kadry odwalą się od niego, jak trochę ubędzie zaległego urlopu, gdzieś sprzed trzech lat, nie pamiętał dokładnie. Wrócił przebrany z łazienki. Na sali czekała piguła.
    – Pewnie się cieszysz, że już nas opuszczasz? – zagadnęła uśmiechnięta jak zwykle.
    – Tak – pogrzebał w szafce. Wyciągnął oba worki. Wyrzuci gdzieś do najbliższego pojemnika na śmieci.
    – Jak się czujesz kochaneczku?
    – Dobrze – mruknął.
    – To bardzo się cieszę. – Przestał udawać, że coś robi. Stanął naprzeciwko niej i powiedział tylko:
    – Dziękuję. – Rozpromieniła się, jakby dostała od niego kolię z Apartu, za co najmniej dychę. Zmieszał się i odwrócił po wory.
    – Nie ma za co, kochaneczku. – Poczekał, aż wyjdzie. Wziął ładowarkę i podszedł do łóżka „Tomeczka”. Ten dalej był unieruchomiony z nogą na wyciągu.
    – Dziękuję – powiedział i zaraz się odwrócił.
    – Nie ma za co – odpowiedział zdziwiony nieszczęśnik.
    Rzucił szybkie „Do widzenia” przy dyżurce pielęgniarek i wyszedł z oddziału. Droga na parking chwilę mu zajęła, nie mógł jeszcze iść za szybko. O treningach na razie to mógł chyba zapomnieć. Kierowca czekał już przy insygni. Przywitał się i usiadł na fotelu pasażera. Wyciągnął telefon.
    – Cześć Monika. Właśnie wyjeżdżamy. Nie będę prowadzić, to mi powysyłaj jeszcze te dwie ostatnie umowy, mam teraz czas i …– zawahał się. – Bardzo ci dziękuję, że mi pomogłaś z tym burdelem. Do zobaczenia.





Pustka- powieść w odcinkach cz.6
09 lipca 2019, 08:16

Pustka cz. 6

   Biegł niespiesznie, niewiele mu trzeba było do relaksu, wygodne buty i przyjemna trasa. Trochę potu i przyjemne mrowienie w mięśniach dobrze mu zrobi. Mijał nieraz biegaczy ze słuchawkami w uszach, ale on wolał słyszeć wszystko dookoła, czuł się wtedy częścią świata, a nie osobnym bytem zmierzającym nie wiadomo gdzie. Zamyślił się. Popróbował trochę sportów na etapie Agaty, bo wierciła mu dziurę w brzuchu brakiem ruchu. Sama latała na jakieś zumby i pilatesy, nie bardzo się w tym orientował. Za jej namową zapisał się na krav magę, ale jak się wyprowadził z Warszawy, tutaj już nie szukał podobnych zajęć. Pomyślał o bieganiu, bo miał kumpla w pracy startującego w triathlonach. Początki nie były łatwe, szybko się męczył, nie umiał nawet odpowiednio oddychać. Któregoś dnia wnerwiony już i z zakwasami zapytał kolegi, co w tym takiego jest fajnego, polecił mu poszukać na kilka godzin trenera personalnego. I to był bardzo dobry pomysł. Jak już bieganie zaczęło sprawiać mu przyjemność, odkrył, że pomaga mu się zrelaksować, im więcej kilometrów, tym lepszy był efekt. Praca dostarczała mu dość emocji.
Pisk opon, jakiś krzyk. Ścisnęło go gdzieś w okolicy przepony. Ten dźwięk gwałtownie hamującego samochodu… Odwrócił się. Na jezdni leżała chyba dziewczyna, auto już zdążyło stanąć. "O Boże" – jęknął w duchu. Jak dobiegł do niej już zaczynała się zbierać, jakaś kobieta pomagała jej stanąć na nogi. Wyglądało na to, że raczej jest cała, choć widać było, że trochę utyka na lewą nogę. Podparł ją z drugiej strony. Razem ze starszą panią odprowadzili ją na przystanek po drugiej stronie ulicy. Jak dochodzili na miejsce, słyszał jak ktoś wzywa karetkę, a inna osoba policję.
–Nic ci nie jest?– zapytał dziewczynę, nieco bladą jeszcze, jak usiadła trzęsły jej się złożone na kolanach ręce.
–Chyba nie– niepewnie odpowiedziała.
Po chwili podjechała karetka. Patrzył na feralny samochód, ale nie zauważył, żeby wysiadł kierowca. Potrącił dziewczynę i nawet nie zainteresował się, co się z nią stało, co za fiut– w myślach Andrzej nie życzył mu dobrze. Zaraz zjawił się radiowóz. Ratownicy zdążyli już zabrać dziewczynę, słyszał coś piąte przez dziesiąte, że bolała ją noga. Na przystanku zdążył się zebrać spory tłumek gapiów. Nigdy nie potrafił zrozumieć jak to się dzieje, że wydawałoby się sekundę po wypadku zbiera się aż tylu ludzi.
Policjanci podeszli do samochodu. Dalej nie widać było kierowcy. A przecież mignął mu jak pomagał dziewczynie wstać.
Na początku widział, że coś jeden mówi i puka w szybę, ale nic się nie wydarzyło. Zaraz lepiej usłyszał.
– Proszę zgasić silnik i wysiąść z samochodu.– Dalej nic, żadnej reakcji kierowcy. Drugi w końcu otworzył drzwi zielonego volkswagena, a wtedy powolutku osunęło się na drogę ciało kierowcy. Andrzeja aż zatkało. "Jezu, co mu się stało" – pomyślał. Jeden policjantów przyklęknął przy kierowcy. Zaraz się cofnął gwałtownie.
– Pijany do nieprzytomności– rzucił do kolegi.
Po kilku minutach podjechał wezwany przez nich drugi radiowóz.
Policjanci zebrali zeznania wszystkich świadków, a holownik samochód. Andrzej wciąż siedział na przystanku. Nie mógł się ruszyć. Teraz to jemu trzęsły się ręce. Rozemocjonowany tłumek gapiów zdążył już się rozejść, a on dalej siedział jak skamieniały. W uszach raz za razem eksplodował mu pisk hamulców samochodu. Ze środka brzmi trochę inaczej. Znów miał przed oczami tamtą drogę. Ciemno, deszcz. Nie zauważył go, wpadł mu prosto pod koła, nie zdążył zahamować. Jak wysiadł z auta na galaretowatych nogach od razu usłyszał rozdzierające skomlenie. Duży, brązowy pies, cały we krwi leżał na drodze. Nogi już nie mogły utrzymać chłopaka, podciągnął się do pobocza i tam zwymiotował wszystkim co miał. Uderzył go odór nieprzetrawionej wódki.
Droga była kompletnie pusta. Jechał bocznymi z dala od domów, jak już nie raz po imprezie z chłopakami. Sam nie wiedział jak długo siedział przy rowie. Pies szybko przestał skomleć. Powoli zaczynało świtać, musiał się stąd ruszyć, bo może niedługo ktoś tędy będzie jechał do kościoła na poranną mszę. Wstał powoli. Musiał psa przesunąć, bo droga była wąska, a i nie chciał, żeby jakiś następny samochód na niego najechał. Nie spodziewał się, że martwy pies może być taki ciężki. Dobrą chwilę zajęło mu przesunięcie go ten niewielki odcinek. Słodki odór krwi przyprawiał go znowu o mdłości, ale żołądek już był pusty. Szybko wytrzeźwiał. Był brudny. Śmierdział wymiocinami, wódą i krwią. Drżącą ręką przekręcił kluczyk w stacyjce. Nic, żadnej reakcji, kolejne próby też nic nie dały. Jeszcze kilka razy przekręci kluczyk, rozrusznik nie będzie się już do niczego nadawał. Zaczynało już szarzeć, jeżeli zaraz się stąd nie ruszy, ktoś go w końcu znajdzie na tej drodze. Nie miał zamiaru stanąć twarzą w twarz z mieszkańcami jadącymi na poranną mszę. Nie chciał, żeby ktokolwiek się dowiedział o tym, co tu dziś zaszło, ale sam auta do domu nie zapcha, wybrał w telefonie numer Tadka.
Przyjechał po kwadransie, zapiął samochód na hol z pomocą Andrzeja. Ten nie wdawał się za bardzo w szczegóły, powiedział tylko, że miał stłuczkę i samochód nie zapalił. Jak tylko Tadek podszedł do Andrzeja to już się do niego ani słowem nie odezwał. Smród wyrzyganej wódki nie pozostawiał cienia wątpliwości, co potrzebujący kolega robił ostatniej nocy i że absolutnie na drodze w aucie znaleźć się nie powinien. Na szczęście Andrzej nie musiał jechać obok Tadka w jego aucie. Siedząc w holowanym samochodzie miał wystarczającą ilość czasu do refleksji. Droga dłużyła się niemiłosiernie, kulił się nieco za kierownicą, by jak najmniej osób go zobaczyło, ale przy jego wzroście te zabiegi były cokolwiek bezcelowe. Zachowywał się jakby na masce miał krwią wypisane ”PIJANY KIEROWCA ZAMORDOWAŁ PSA”. To tak zaczynała się paranoja? Tak jak Andrzej chciał, Tadek sholował go do swojego garażu. Tu mieli naprawić samochód. Tadek chciał go odwieźć pod dom, ale Andrzej nie miał zamiaru zapaprać i jego samochodu. Poszedł na piechotę. Zdążył na szczęście wejść do łazienki, zanim wstali rodzice. Po kąpieli od razu wyniósł worek z ciuchami do kontenera na śmieci, nie chciał już w ogóle ich widzieć na oczy, szkoda, że tak łatwo nie da się kasować wspomnień. Wybierasz niechciany fragment, pakujesz do kosza i wyrzucasz. Na samo wspomnienie tego smrodu znowu robiło mu się niedobrze. Tadek przez cały poniedziałek nawet się do niego słowem nie odezwał. We wtorek rano dostał tylko SMS’a „kup nową chłodnicę”.  Przyszedł do niego popołudniu tego samego dnia. W milczeniu poszli obaj do garażu. Andrzej nie wiedział co powiedzieć, a Tadek najwyraźniej nie chciał z nim rozmawiać. Grzebał w samochodzie i tylko czasem rzucał Andrzejowi polecenia typu „daj klucz dziesiątkę”. Ani słowem nie wspominał o niedzieli.
– Zderzak założysz sam.– Ni to zapytał, ni stwierdził kolega. Alleluja, pierwsze całe zdanie od dwóch dni.
– Jasne, dzięki stary.
Tadek zatrzasnął maskę auta i się odsunął. Pierwszy raz od tej feralnej niedzieli spojrzał kumplowi w oczy.
– No to co, teraz oblejesz naprawę auta?– wysyczał przez zaciśnięte usta.
– Przepraszam…– Andrzej nawet nie wiedział, co mógłby dodać.
Tadek złapał do za przód bluzy, kompletnie nie miał znaczenia fakt, że Andrzej przewyższał go o głowę.
– Od miesięcy zachlewasz się prawie codziennie i jeszcze napity jeździsz autem. To mógł być człowiek do kurwy nędzy!– wykrzyczał mu prosto w twarz.– A teraz wypierdalaj stąd i przeproś tego psa, mnie nie masz za co.–Puścił go i wyszedł.
Andrzej bezmyślnie gapił się jeszcze chwilę na puste już podwórko za bramą garażową. Tak bardzo trzęsły mu się ręce, że ledwo dał radę wrzucić jedynkę i wyjechać.
Siedział teraz na przystanku i w głowie wciąż huczał mu krzyk Tadka „ To mógł być człowiek do kurwy nędzy!” To mogłem być ja. Tyle razy jeździł na gazie. Jakby nie potrącił tamtego psa, może skończyłby jak ten koleś dzisiaj. Odetchnął kilka razy. 
Koledzy od kieliszka szybko o nim zapomnieli, jak przestał pić w ogóle. Z dawnych znajomych został tylko Tadek. Opowiedział o tym tylko raz, ojcu. Marzył o kieliszku na ukojenie nerwów, mimo że tyle lat już nie pił, to pragnienie czasami wracało, zapić, zapomnieć. Ale nigdy nie złamał się. Tamtej nocy przysiągł sobie, że już nigdy nie będzie pił, Tadek miał rację.
Wstał powoli. Już tak się nie trząsł. Stracił kompletnie chęć na bieganie. Chciał już tylko zaszyć się w domu. Mignęło mu nagle pod nogami coś małego i czarnego. Na chodniku leżał mały portfel. Może potrąconej dziewczyny. Otworzył go i zajrzał do środka. Nie znalazł żadnych dokumentów, tylko trochę gotówki, ponad sto złotych. W środku była niewielka karteczka, wyciągnął ją.
„Drogi uczciwy znalazco:) Jeżeli znalazłeś ten portfel, to znaczy, że znów miałam pecha i trzeci raz zgubiłam portfel. To mój numer telefonu 536 130 459. Dziękuję”
Po tym, co tu się stało, ta śmieszna karteczka wydawała mu się kompletnym absurdem. Dziewczyna miała pewnie dość przeżyć jak na jeden dzień, nie chciał, żeby do tego doszło jeszcze zgubienie portfela. Próbował się dodzwonić trzy razy. W końcu napisał SMS” Tu znalazca portfela, proszę o kontakt”. Pijani kierowcy potrącają młode dziewczyny, a jemu się teraz chciało śmiać. Chyba schodziło z niego napięcie. Wrócił do domu, nie wiedział, gdzie mieszka potrącona dziewczyna, więc i tak musiał czekać, aż do niego oddzwoni. "W szpitalu raczej może nie mieć czasu na pogawędki" – pomyślał ponuro.
Ucieszył się, gdy godzinę później oddzwoniła.
– Słucham – odebrał zaraz.
– Dzień dobry, z tej strony Anna Bielska, znalazł pan mój portfel tak? Taki mały czarny? –  dopytywała.
– To nie ty – wyrwało mu się na głos.
– Słucham? – Nie dziwił się, że była zaskoczona
– Przepraszam, znalazłem portfel na przystanku, myślałem, że należy do dziewczyny potrąconej przez samochód.
– Słucham? Jaka dziewczyna? Jaki samochód?– wyrzucała z siebie pytania jak kule z karabinu.
– To ja przepraszam, niepotrzebnie mieszam. Gdzie pani jest, chciałbym oddać portfel.
– Jestem w Rzeszowie, proszę wybrać miejsce.
– Dobrze. Może spotkamy się pod Filharmonią o dziewiętnastej?
– Bardzo dziękuję, do zobaczenia.